Morawy 2005

Pomysł by pojeździć po Czechach rowerem przyszedł nam do głowy dwa lata temu, gdy zwiedzaliśmy ten uroczy kraj z plecakami. Wówczas bardzo wiele czasu pochłaniało nam przemieszczanie się z miejsca na miejsce na niewielkie odległości, a po południu było to często niemożliwe. Rower wydał się nam idealnym rozwiązaniem. W zeszłym roku niespodziewane okoliczności uniemożliwiły nam realizację naszych planów (czego efektem ubocznym była wyprawa na Podlasie), w tym roku wszystko zagrało.
Naszym założeniem nie było przejechać Czech wzdłuż i wszerz, nie opracowaliśmy też praktycznie żadnego planu podróży. Nastawiliśmy się na niespieszne zwiedzanie i poznawanie lokalnych atrakcji, a rowery miały służyć nam jako główny środek lokomocji. Oboje jeździliśmy na polskich Unibike’ach, Pala na podstawowym modelu Vision, ja na Viper z niewielkimi modyfikacjami (oświetlenie diodowe, błotniki, rogi i pedały SPD). Oboje mieliśmy po parze 20 litrowych sakw mocowanych na tylnych bagażnikach, ja wiozłem dodatkowo namiot. Z doświadczenia wiedzieliśmy, że noclegi w Czechach są dość drogie i przeważnie nocowaliśmy na dziko za miejscowościami. Przewodnik Pascala po Czechach był dla nas niemal bezużyteczny, będąc za mało szczegółowym. Niezbędnych informacji o regionalnych atrakcjach dostarczały nam bezpłatne materiały pracowicie kolekcjonowane przez nas w kolejnych punktach informacji turystycznej. Najważniejszym źródłem informacji był dla nas Cykloatlas, zawierającego komplet map w skali 1:100.000 z zaznaczonymi wyraźnie szlakami rowerowymi. Wyjęliśmy z niego zbędne kartki, lecz i tak była to dość nieporęczna publikacja – lecz bardzo przydatna. Warta podkreślenia jest bardzo dobra znajomość języka czeskiego u Pali, co z reguły zjednywało nam sympatię Czechów.

Pierwszy dzień

Ruszyliśmy z Cieszyna, w którym spędziliśmy w domu znajomych noc. Przejechaliśmy przez Czeski Cieszyn, w którym poprawiłem łańcuch – zakładając czysty źle poprowadziłem go przez tylną przerzutkę. Przez Koňákov dojechaliśmy do Sobĕšovic, gdzie wykąpaliśmy się w zbiorniku Žermanice. Potem trochę się błąkaliśmy chcąc dojechać do Sedliště, czego efektem był solidny czeski obiad w Lučinie. Jeszcze nie używaliśmy do nawigacji kompasu, a kluczowe oznaczenie szlaku było zasłonięte krzakiem… Szlaki rowerowe z reguły poprowadzone były drogami asfaltowymi ostatniej kategorii, co oznaczało znikomy ruch samochodowy i jednocześnie dobry asfalt. Rzadziej szlaki prowadziły szutrami, a wyjątkowych przypadkach wąskimi ścieżkami. Choć szlaki rowerowe oznaczano żółtymi tabliczkami z symbolem roweru i numerem szlaku, często pokrywały się ze zwyczajnymi – kolorowymi – szlakami i wówczas dominowało „kolorowe” oznaczenie. Za Sedliště skończyły się wykańczające nas górki.

Przez Repiště i Krmelín (pyszne lody włoskie) dojechaliśmy do Stará Ves, skąd piękną drogą między rybníkami dojechaliśmy do Jistebníka. Tam chwilkę pokręciliśmy się oglądając Bezručova Osada, z którą związany był Petr Bezruč, czeski poeta uchodzący za barda czeskiego Śląska, żyjący na przełomie XIX i XX wieku.

Zatrzymaliśmy się między dwoma jeziorami, za obszarem ochrony przyrody – CHKO Poodéři, lecz jeszcze kawałek podjechaliśmy, by obmyć się w strumieniu – Pala odważnie zeszła po betonowej pochyłości… Zjedliśmy zupki i zastanawialiśmy się, czy skończy się koncert żab i kaczek. Latały świetliki i było bardzo ładnie.

Będąc w pełni sił pokonaliśmy najdłuższą trasę całej wycieczki – 64.92 km!

Drugi dzień

Choć nocowaliśmy w naprawdę malowniczym miejscu, nie wyspaliśmy się dobrze. Budziły nas pociągi z niedalekiej linii i chłód. Kaczki i żaby całą noc dawały koncert. Na śniadanie zjedliśmy kaszkę kukurydzianą z morelami. Wyjechaliśmy dopiero o 12! Znów jechaliśmy koło rybníków, a ja złapałem z tyłu gumę po paru kilometrach. Dość sprawnie uporałem się z wymianą dętki i ruszyliśmy w trasę.

Przejechaliśmy przez Studénke, potem do Bartošovic (ładny pałac) i kiepską drogą przez lasy dojechaliśmy do Kunína, miejsca produkcji pysznego jogurtu śmietanowego. Cały czas jechaliśmy międzynarodową drogą rowerową Greenways, prowadzącą od Krakowa przez Morawy do Wiednia, poprowadzoną przez atrakcyjne historycznie i krajobrazowo miejsca. Drogę utrudniał nam zimny przeciwny wiatr. Za Bernatice nad Odrou robiłem zdjęcia pola maków, rower stojący obok przekoziołkował i wpadł do rowu – taką miałem słabą nóżkę :( Chwilę potem za słabo ruszyłem i wpadłem w pokrzywy, co rozbawiło Palę.

Za Hůrką trafiliśmy na aleję czereśni rosnących wzdłuż drogi, po prostu stanęliśmy i się napychaliśmy. Owoców było tyle, że gałęzie się dosłownie urywały. Później często jeździliśmy między rzędami tych drzew, lecz owoce były przejrzałe lub spleśniałe. Z nieznanych nam powodów Czesi nie interesują się owocami, nie spotkaliśmy wzdłuż drogi żadnego stoiska z jabłkami itp. – tak częstych na naszych drogach.

W Starým Jičínie zwiedziliśmy ruiny zamku, zostawiwszy objuczone rowery w ogródku księdza na parafii pod stromym wzgórzem zamkowym. Niestety gdy wróciliśmy, nie zastaliśmy go i rozwiały się nasze plany noclegu u niego. Musieliśmy szukać innego miejsca, a zapowiadał się deszcz. Rozbiliśmy się tuż za miastem, na łące pod ogródkami działkowymi. Pala zrobiła garnek makaronu (całą paczkę) z dwiema puszkami parówek z fasolą, ledwo to zjedliśmy – za dużo :) Liczyliśmy po cichu, że deszcz obmyje wystawione za namiot brudne gary. To były moje urodziny (i święto Cyryla i Metodego, patronów Moraw, a w dwa następne dni Czesi również świętowali, bo 6 lipca to rocznica śmierci Jana Husa, a potem to kolejne dni długiego weekendu – przez kilka dni z rzędu sklepy były pozamykane, mieliśmy problemy z kupieniem podstawowych produktów spożywczych) i wieczorem dostałem czekoladę z improwizowaną świeczką jako tort – miło :)

Przejechaliśmy 39.63 km

Trzeci dzień

Poprzedniego dnia o 23 zgodnie z naszymi życzeniami / obawami zaczęło lać i przestało na 15 minut dziś około 12, potem dalej padało… W międzyczasie podjechałem do sklepu (jedynego czynnego we wsi, między 7 a 10 rano) i zjedliśmy na śniadanie po 0,5 litra pysznego jogurtu truskawkowego z czekoladowymi chrupkami i rohlikami. Niestety były to jogurty śmietanowe, zawierające 19% tłuszczu i przeczyściły nas dokładnie.

Ruszyliśmy dopiero o 15, mokrzy i zmarznięci. Nový Jičín był opustoszały i z trudem znaleźliśmy otwartą knajpkę - meksykańską. Wybraliśmy coś lekkiego, z ryżem, lecz mimo to nie obeszło się bez sensacji żołądkowych. Zatrzymaliśmy się w ubytovnie na basenie, Pala miała gorączkę, ja też byłem bez siły. Zrobiliśmy małe pranie i podsuszyliśmy namiot.

Według prognoz zła pogoda miała być jeszcze przez dwa dni, potem miały nadejść tropikalne upały…

Przejechaliśmy raptem kilka km

Czwarty dzień

Ruszyliśmy wyspani (ja) i wypoczęci (również tylko ja) tuż po 10. Szybko dopadło nas zmęczenie, ale dojechaliśmy do pobliskiego Štramberku, wspinając się mozolnie na wzgórze. To bardzo urokliwe miasteczko – zwane nawet morawskim Betlejem, zwiedziliśmy muzeum miejskie (w którym zostawiliśmy sakwy i namiot dzięki uprzejmości pracującej tam pani) oraz muzeum Zdeňka Buriana, zafascynowanego światem prehistorycznym i ilustratorem powieści Verne’a. Zajadaliśmy się lokalną specjalnościa – štramberskimi uši, czyli miękkimi pierniczkami w kształcie uszu, wg. legendy pozostałości po nieudanym tatarskim oblężeniu. Wszedłem na pozostałą po zamku wieżę i obejrzałem stamtąd piękne widoki wokół, oboje byliśmy na sąsiednim wzgórzu Kotouč, jednej z czterech morawskich gór mitycznych. Tam (oddzielnie – nie było jak zostawić rowerów) zwiedziliśmy jaskinię Šipka, – inspiracji dla wizji prehistorii Buriana oraz miejsca znalezisk licznych skamieniałości - oraz dzwoniliśmy na zabytkowej dzwonnicy zapewniając sobie „życie aż do śmierci”. Obiad zjedliśmy w lokalnym mini-browarze, na rynku.

Wyjechaliśmy za miasto na nocleg, niestety polecany przez informację turystyczną kemping był jedynie kawałkiem łąki przy lokalnym koupaliště z knajpką z nieciekawą młodzieżą. Objechaliśmy pobliski zbiornik retencyjny i rozbiliśmy się między nim a wsią, zasłonięci od drogi krzakami. Pod namiot nanieśliśmy sobie siana, umyliśmy się w niedalekim strumieniu.

Przejechaliśmy 19,49 km

Piąty dzień

Bardzo dobrze się wyspaliśmy na sianie, słońce od rana ogrzewało nasz namiot – super. Ruszyliśmy późno, koło 11. Okazało się, że gospodarz od którego poprzedniego wieczoru braliśmy wodę, w darowanej nam butelce dał nam nową, gazowaną wodę. Później również się zdarzało, że prosząc o zwykłą wodę dostawaliśmy wodę z sokiem lub z rozpuszczoną witaminą C – dla lepszego smaku :) To miło z ich strony, ale na takiej wodzie herbata lub kawa smakuje inaczej.

Ambitnie wjechaliśmy między góry, zatrzymując się we Frenštát pod Radhoštěm. Obejrzeliśmy rynek, Pala zebrała sporo materiałów informacyjnych i wypełniła szczegółową ankietę w informacji turystycznej, mającą na celu zebranie opinii turystów o infrastrukturze regionu. Stamtąd ostro wspinaliśmy się szosą nr 58 do Rožnova pod Radhoštěm, omijając bardziej stromy szlak rowerowy. Po drodze Pala zauważyła małego jeża chcącego przekroczyć ruchliwą trasę, z pomocą kasku zaniosłem go za rów. Na łące jeże miały mieć – zdaniem tamtejszych gospodarzy – swoje gniazdo i ciągle się maluchy kręciły.

Zwiedziliśmy w Rožnovie pierwszy z trzech skansenów, najstarszy – Dřevĕné Mĕstečko. Bardzo ciekawe miejsce , odzwierciedlające drewnianą architekturę dawnego Rožnova wraz z oryginalnymi wnętrzami. Wyjątkową atrakcją była wystawa najpiękniejszych lilii świata w starym kościółku, trafiliśmy na moment wymiany kwiatów w wazonach i obecni goście mogli sobie wziąć dowolną ilość kwiatów. Pala wzięła jedną małą i jedną dużą, która później zdobiła wejście naszego namiotu. Zjedliśmy obiad składający się z „wołoskich” dań – czyli jak zwykle knedliki, wołowina i piwo, ale z rzodkiewką i kilkoma innymi warzywami.

Zrobiliśmy zakupy w supermarkecie, obejrzeliśmy zadbany choć mało interesujący rynek i rozbiliśmy się na jednym z dwóch miejskich kempingów. Za dwie osoby i namiot zapłaciliśmy aż 185 Kč, ale za to popływaliśmy jeszcze w basenie na jego terenie i wzięliśmy gorący prysznic. Niestety znów zaczęło padać, a teren był gliniasty i nie wchłaniał wody. Wykopałem łyżką mały dołek na wodę, ale widząc że szybciej złamię to narzędzie niż cokolwiek wykopię porzuciłem to zajęcie.

Przejechaliśmy 33,55 km

Szósty dzień

Obudziliśmy się po 8, czyli zgodnie z planem. Ale dość długo się zbieraliśmy i jako ostatni spakowaliśmy namiot, opuszczając kamping o 11. Zostawiliśmy nasze kola w przechowalni bagażu na dworcu i poszliśmy zwiedzać pozostałe skanseny. Valašska dědina zwiedzaliśmy trzy godziny, troszkę padało. Pali bardzo podobały się wolno chodzące zwierzęta gospodarskie (kozy, źrebak, ijaček, owce itd.), oglądanie zabytkowych budynków wiejskich również było ciekawe – zwłaszcza działającej kuźni oraz młyna - wiatraka. Wszystkie kompleksy są w istocie muzeami, w których zebrano pracowicie wyszukane budynki wraz z wyposażeniem, dokładnie opisując ich historię. Polskie tłumaczenia często bawiły nas „bohemizmami”. Ostatnia z dolin, Mlýnska, mniej nas wciągnęła, choć pokazy napędzanych wodą przędzalni, młyna oraz kuźni były interesujące. Najbardziej wciągnął mnie mechanizm hamulca w karawanie w wozowni, uruchamiany z tyłu pojazdu.

Potem weszliśmy do pierwszej z brzegu knajpy, klasycznej mordowni ze zniszczonymi życiem Czechami. Ale było miło, w czeskim stylu, panowie sobie gawędzili z wylewnym barmanem. Ów na po posiłku nam powiedział „To nie ja gotowałem, jakbym to ja robił byłoby lepsze”, choć dwa razy uzgadniał z Palą zmiany w zamówionym posiłku.

Następnie podjechaliśmy pociągiem do Valašské Meziříčí. Padało, więc nie zwiedzając miasta ruszyliśmy w kierunku pobliskiego kąpieliska. Pala się przewróciła przejeżdżając przez tory i rozkojarzeni przez godzinę usiłowaliśmy wydostać się z miasta, nadkładając 10 km i godzinę jazdy w deszczu…. Lecz gdy wyjechaliśmy na właściwą drogę było sucho i podnosząca się z pól kukurydzy mgła wyglądała bardzo malowniczo. Zajechaliśmy na kąpielisko Nový Mlýn - za Hustopeče nad Bečvou, przepięknym miasteczkiem w którym pan dał nam wodę z sokiem - po zmroku. Napiliśmy się w budce - knajpce po kieliszku (Pala borovička, ja śliwowica) i rozbiliśmy się gdy tylko na chwilę przestało podać. W nocnej mżawce się jeszcze poszliśmy wykąpać, ale było zbyt płytko by popływać.

Przejechaliśmy 24,89 km

Siódmy dzień

Obudziłem się o 8, wyspany, ale ponieważ lało, mogłem jedynie przeglądać mapy. Zjedliśmy śniadanie, wciąż lało. Przestało ok. 13, spakowaliśmy się i pojechaliśmy. Pojawiło się słońce i zaraz zrobiło się parno i do tego ostro pod górę, lecz wkrótce mieliśmy świetną drogę przez Zamrsky, piękną Skolička (z młynem) oraz Usti do Teplic nad Bečvou, uzdrowiska ze źródłami leczniczych wód termalnych, gdzie zostawiliśmy rowery z bagażami po prostu przypięte do stojaka przy promenadzie.

Zjedliśmy tam lokalne oplatky czekoladowo – orzechowe, czyli tradycyjny przysmak czeskich łaźni – okrągłe cienkie wafle przekładane masą w różnych smakach. Zwiedziliśmy jaskinię aragonitową, w której alejki wybetonowano i przewodnik włączał kolejne sekcje oświetlenia pilotem :) Po drugiej stronie rzeki wspięliśmy się na wzgórze kryjące najgłębszą w Czechach przepaść, od 77m zalaną wodą i póki co mającą zmierzoną głębokość 270 metrów. Napiliśmy się jeszcze wody mineralnej przegryzanej tym razem oplatkiem migdałowym i pojechaliśmy łapać pociąg w Hranicach. Zdążyliśmy tam jeszcze kupić na rynku chińszczyznę na wynos, którą zjedliśmy już na dworcu. Podjechaliśmy pociągiem do Přerova.

Znów się pogubiliśmy wyjeżdżając z miasta, w końcu zwyczajną ruchliwą drogą, a nie szlakiem dojechaliśmy za Rokytnice, gdzie pod leśniczówką Dolek rozbiliśmy namiot.

Przejechaliśmy 28,97 km

Ósmy dzień

Obudziliśmy się o 8, niestety oczekiwanego niebieskiego nieba były jedynie maleńkie skrawki, a przeważały chmury deszczowe. Nie mieliśmy – zgodnie z planem – śniadania, spakowaliśmy się i wróciliśmy do Rokytnic. Pala kupiła rohliki, ser biały, szynkę, pomidory, ogórki i zrobiliśmy naprawdę pyszne śniadanie pod sklepem – choć mijające nas kobiety patrzyły z podejrzliwością na nasz posiłek. Po śniadaniu zdecydowaliśmy gdzie dalej jechać -nasza podróż z założenia nie miała ustalonego planu, co kilka dni określaliśmy jedynie kierunek dalszej jazdy i kluczowe miejsca do odwiedzenia. Noclegi zwykle wybierałem na podstawie mapy, starając się znajdować miejsca oświetlane wstającym słońcem, z dala od zabudowań ludzkich i z dostępem do wody.

Ruszyliśmy na północ i z wiatrem w plecy naprawdę gnaliśmy. Musiałem mocno się postarać by nadążać za jadącą 25-28 km/h Palą :) Później niestety przyszło nam męczyć się pod wiatr, jechaliśmy przez Citov, Vĕrovany, Dub nad Moravou i Charvaty. W Kozounach (?) zjedliśmy po kawałku arbuza i dojechaliśmy do Olomouci. Wylądowaliśmy w centrum około 15, zastanawiając się co dalej zrobić. Dojechalibyśmy do Šternbergu, ale już nie moglibyśmy nic zwiedzić, a po drodze nie zapowiadały się ciekawe miejsca do noclegu. Zostawiliśmy więc rowery z bagażami w znajomej nam już ubytovanie na miejskim basenie (za barem w samolocie) i poszliśmy spacerować po tym pięknym mieście. Kupiliśmy pocztówki i owoce , zjedliśmy obiad, porobiłem spokojnie zdjęcia rynku ze słynną kolumną morową i zegarem – Orlojem, przebudowanym na socjalistyczną modłę. Wróciliśmy na basen by popływać, podyskutowałem z ratownikiem czy mam na sobie plavki czy nie (z niewiadomych przyczyn na czeskich zamkniętych basenach nie dopuszcza się kąpielówek – spodenek). Zrobiliśmy wielkie pranie wieszając je zamiast firanek, a nasz namiot się dzięki uprzejmości obsługi suszył w jednym z pomieszczeń.

Znów ruszyliśmy w miasto, zjedliśmy po smaženým sýrze w bułce (bardzo mi tego brakuje w Polsce, a to naprawdę nie filozofia zastąpić mięso w bułce serem) i resztę wieczoru spędziliśmy smakując dobre czeskie i (nie tylko) piwa we wzorcowej piwowarni browaru Staropramen: Staropramen Černy, Kelt, Staropramen Granat, Stella Artois...

Przejechaliśmy 32,23 km

Dziewiąty dzień

Dziś udało nam się wszystko co zaplanowaliśmy. Gdy wstałem po 8, za oknem było piękne niebieskie niebo – nareszcie! Przygotowałem nam śniadanie, po 10 opuszczaliśmy miasto. Pojechaliśmy ładnymi ścieżkami podmiejskimi przez Chomoutov, gdzie się wykąpałem – Pala się nie zdecydowała. Przez Broce, Štepanov, Nzouv Houzova, Luzice aż do Šternbergu. Niestety cały czas jechaliśmy pod silny wiatr, więc straszliwie się zmachaliśmy.

Šternberg jako miasto nas nie uwiódł, jest mocno zaniedbany. Obejrzeliśmy kościół z pięknymi malowidłami oraz wjechaliśmy na zamek, który zwiedziliśmy. Niestety byliśmy bardzo głodni, więc spora kolekcja ładnych obrazów i przedmiotów codziennego użytku niespecjalnie nas ekscytowała. Kupiliśmy w winiarni lokalne wino stołowe, savignon, z posmakiem pokrzywy. Pala była nim zachwycona, ja powoli do niego dojrzewałem. Zjedliśmy na obiad lokalne specjały – smażony ser niva (pleśniowy) oraz lošticka specialita – tvarůžki (ostry ser obłożony salami).

Pojechaliśmy prędko – z wiatrem i z górki – z powrotem do Stepanova i przez Strěm do kąpieliska na zbiorniku Naklo. To na tyle duży akwen, że mimo obecności wydobywarki piasku ludzie pływali po nim na windsurfingach, woda jednak była zimna. Cofnęliśmy się do Lhote i wprost cudowną ścieżką przez lasy i rozlewisko Moravy dojechaliśmy do miasta Litovel. Mnie ono zauroczyło, obejrzeliśmy trzeci co do wieku w Czechach kamienny Most Świętojański i wyjechaliśmy z miasta. Rozbiliśmy się przed zmierzchem obok jednej z odnóg Moravy, na pięknej łące, mając za sąsiadów sarnę i zająca.

Przejechaliśmy wśród naprawdę przepięknych pól zboża, kukurydzy i maku 57.49 km

Dziesiąty dzień

Wstaliśmy o 8, przygotowałem śniadanie i po dwóch godzinach zaczęliśmy przedzierać się czerwonym szlakiem przez lasy rozlewisk Moravy. Byłaby to świetna (choć trudna z powodu wąskiej ścieżki i paru powalonych drzew) trasa, gdyby nie gryzły nas komary i gzy. Minęliśmy Nové Zamky i trochę naokoło – przeze mnie – lasami dojechaliśmy w skwarze przez Kralove do Usova. Odpuściliśmy sobie muzeum łowieckie urządzone w zamku, obejrzeliśmy za to kościół. Zrobiliśmy przerwę na drugie śniadanie (jogurt z różnymi smakowitymi bułeczkami) oraz obejrzeliśmy stary cmentarz żydowski.

Następnie skrajem Mohelnic przez Moravicany dotarliśmy do Loštic, gdzie załapaliśmy się na ostatnią tego dnia wycieczkę po muzeum twarożków olomouckich produkowanych w tym miasteczku. Raptem trzy pomieszczenia, ale bardzo miło. Twarożki te są podobne trochę w smaku do naszych oscypków, lecz wytwarzanych bardziej przemysłowo. Kupiliśmy potem kilka sztuk w sklepie obok. W czeskich muzeach najczęściej nie ma indywidualnego zwiedzania, są wyznaczone godziny w których oprowadzane są grupy turystów. Czasem grupa musi się zebrać...

Parokrotnie próbowaliśmy kupić lokalne wino, ale winiarnia była wciąż zamknięta – później dopiero doczytaliśmy że wino sprzedaje się od 17 do 20, ale tylko w weekend. W międzyczasie podjechaliśmy na miejscowe kąpielisko, lecz wejściowe 35 Kč nas odstraszyło. Zaczęliśmy myśleć o wieczornym postoju, więc ruszyliśmy z powrotem do Moravican, skąd dojechaliśmy do Nové Mlýny, gdzie odbijając solidnie w bok znaleźliśmy bardzo przyjemne miejsce nad Moravą. Popływałem chwilę w naprawdę zimnej wodzie, trochę zaskoczony jej głębokością i szybkim nurtem. Zdążyliśmy się jeszcze opłukać przed błyskawicznie nadchodzącą letnią burzą i długo oczekiwane spaghetti zrobiliśmy w namiocie. Wyszło naprawdę znakomicie :)

Przejechaliśmy 45,39 km

Jedenasty dzień

Miło było wstać z widokiem na piękną łąkę.. Zjedliśmy kanapki z twarożkami olomouckimi i resztką sałatki z wczorajszej kolacji, jeszcze przed drogą błyskawicznie wykąpałem się w Moravie. Gzy zaczęły punktualnie o 10 ciąć, ruszyliśmy zatem przez Nové Mlýny i Mladeč do Chudobina, gdzie posililiśmy się „marokankami” – pysznymi ciastkami, w których na podłożu z czekolady rozsypano musli i polano słodką masą. W miasteczku zadziwiła nas obecność aż trzech cerkwi!

Później zatrzymaliśmy się w bardzo ładnej wsi Cholina, której atrakcją jest drugi najważniejszy kościół będący celem pielgrzymek – jednak niespodziewanie skromny.

Dojechaliśmy następnie do Náměšť na Hané, gdzie na wzgórzu ulokowany jest ładny pałac. Czekaliśmy chwilę na zebranie się przynajmniej pięciosobowej grupy zwiedzających, ale gdy to się nie udawało, pani przewodnik oprowadziła nas dwoje tylko po najważniejszych atrakcjach – wystawie przepięknych karoc, fascynującej kolekcji wózków dziecięcych oraz kaplicy, której akustykę zaprezentowała ładnie śpiewając. Zjechaliśmy zaraz do miejskiego koupaliště i poleżeliśmy na słońcu, przez co o mało nie pozbawiliśmy się możliwości zrobienia zakupów. Sklepy spożywcze w 99% są czynne do 17 w dni powszednie, i choć się szybko zebraliśmy pod sklepem znaleźliśmy się tuż po tej magicznej godzinie. Pali udało się ubłagać obsługę i pozwolono je zrobić szybkie zakupy. Spokojniejsi udaliśmy się na obiad do zamkowej restauracji. Trzeba przyznać, że w Czechach można bez problemu tanio zjeść porządne obiady. Zwykle za drugie dania złożone z solidnej porcji mięsa, knedlików lub bramboraków oraz surówki płaciliśmy ok. 80-110 Kč, duże piwo to wydatek 15-20 Kč. Dania oparte o smažený sýr kosztują w granicach 60-75 Kč. Nie są to może wymarzone dla rowerzystów potrawy, Czesi bowiem lubią tłusto zjeść, ale naprawdę się nimi najadaliśmy.

Dalsza droga prowadziła nas pod górę przez Pescin, zatrzymaliśmy się w Čechy pod Kosířem. Zjawiliśmy się na tyle późno, że nic już nie zwiedziliśmy, szukaliśmy tylko miejsca na nocleg. Upatrzone na mapie miejsce było fragmentem ogromnego pałacowego ogrodu, odradzono nam rozbijanie się tam. Alternatywna lokalizacja pod lasem również odpadła, nie było miejsca na rozbicie namiotu między ścianą lasu a polem kukurydzy. Ale upatrzony ogródek za ostatnim domem przed lasem okazał się świetnym wyborem. Trafiliśmy na przesympatycznego gajowego, któremu z trudem odmówiliśmy przenocowania w jego domu, prysznica itp. Poczęstowano nas zupą, Pala porozmawiała z gajowym i jego żoną, a rano czekała na nas herbata w termosie! Największą atrakcją był jednak pasący się w ogródku koń, który szybko wyczuł, że mamy chleb i domagał się poczęstunku :) Trochę to utrudniło nam zjedzenie śniadania następnego dnia…

Przejechaliśmy 40,05 km

Dwunasty dzień

Wstaliśmy z budzikiem po 8. Zjedliśmy podarowane nam bułki z serkiem i nasze bułki, których zaciekle domagał się koń. Zjechaliśmy ulicę niżej obejrzeć pałac. Zrezygnowaliśmy z muzeum Manesa, przejechaliśmy się po pięknym parku. Następnie podjechaliśmy do muzeum strażackiego, spodziewając się w niewielkim budynku paru eksponatów na krzyż. Czekało nas miła niespodzianka, oprowadził nas bardzo zaangażowany pan, mówiący z hanackim akcentem. Okazało się, że był to najważniejszy zakład produkcji sikawek w tej części Europy z niemal 150 letnią tradycją!

Popedałowaliśmy do Kostelca na Hané i via Smržice piekną ścieżką rowerową omijającą ruchliwe drogi dojechaliśmy do Prostĕjova. To naprawdę przepiękne miasto, lecz upał nas tak rozleniwił że posiedzieliśmy na rynku z koszem moreli i popijaliśmy zimne piwo. Objechaliśmy okolice rynku na rowerach, rzuciliśmy okiem na restaurowany pałac i kupując z myślą o bliskich 2,5 litra lokalnych win ruszyliśmy dalej. Z trudem znaleźliśmy drogę do Plumlova, gdzie przy zbiorniku retencyjnym były kąpieliska – z niezbyt czystą wodą. Zaciekawiły mnie stojące w wodzie – jakieś 10 metrów od brzegu – wierzby. Wygrzani podjechaliśmy do miasteczka, zjedliśmy smažený sýr u podnóża pałacu przypominającego blok i dowlekliśmy się na nocleg do Otaslavic, bezskutecznie rozglądając się po drodze za ciekawym miejscem do rozbicia namiotu. Mieliśmy wątpliwości czy możemy rozbić się na łące z zakazem wstępu, ale cóż… Zrobiliśmy na kolację kanapki z kupionym przeze mnie serem, który okazał się wędliną. Sklep nie był samoobsługowy, czeskiego nie znam i było ciemno :) Umyliśmy się w przepływającym obok strumyku, zaskakująco ciepłym. Myślami jesteśmy już trochę w domu…

Przejechaliśmy 49,07 km

Trzynasty i czternasty dzień

Robiąc herbatę wykończyliśmy gaz, we dwoje zużyliśmy w sumie nieco ponad jedną 270g puszkę Campingazu, gotując codziennie ok. 1-1.5 litra wody i dwukrotnie drugie tyle. Spakowaliśmy się dokładnie, przejechaliśmy przez Brodek u Prostějova, w którym zjedliśmy małe drugie śniadania – jogurt z rohlikiem. W pełnym słońcu jechaliśmy do Vyškova, po drodze mijając nieczynne z powodu przerwy obiadowej (12-14!) muzeum lotnicze. Ze spuszczoną głową popatrzyłem na zgromadzoną kolekcję odrzutowych Migów, Su i Tupolewów, jednak nie chciałem czekać 1,5 godziny na otwarcie. Pocieszający był widok ciągle startujących szybowców z lotniska obok. Miasto tylko przejechaliśmy, upał zniechęcał do czegokolwiek.

Wsiedliśmy w pociąg do Brna, gdzie na dworcu mocno nas zabolała informacja, że nie możemy z rowerami pojechać nocnym pospiesznym. Cena obowiązkowych kuszetek również była zaporowa. Po dłuższym czasie namysłu zostawiliśmy rowery oraz sakwy w przechowalni i ruszyliśmy w miasto szukać taniego noclegu. Upatrzona ubytovna była składem kontenerów dla budowlańców, na szczęście recepcja była nieczynna w weekend. W samym centrum znaleźliśmy nie wymieniony w miejskiej ulotce hostel dla travelersów na czas lata działający w szkole, gdzie nocleg kosztował 290 Kč. Znaleźliśmy sposób by zejść o połowę z tej ceny. Obiad zjedliśmy w znanym nam hotelu „Pegas”, gdzie ceny za posiłki w restauracji są niższe nie tylko od średniej w mieście, ale i względem prowincji! Do tego serwowane pszenne piwo pochodzi z mini-browaru w samej knajpie – polecamy. Zrobiliśmy zakupy w księgarni i przydworcowym Tesco i przenieśliśmy rzeczy z dworca do hostelu. Udaliśmy się na górujący nad miastem zamek Špilberg, w którym zorganizowane zostało nocne kino. Popijając słynne piwo Ježek bawiliśmy się oglądając „Pali się moja panno” Milosa Formana. Wracaliśmy do hostelu przez tętniące życiem nocnym Brno, o zupełnie innym niż znane nam dotychczas zimowym obliczu.

Następnego ranka wstaliśmy o 5 rano, starając się nie zbudzić innych śpiących i o 6.22 ruszyliśmy pociągiem do Břeclavia, gdzie mieliśmy przesiadkę na Eurocity do Warszawy. Konduktorzy po czeskiej stronie udawali, że nie widzą naszych rowerów – wg przepisów w tego typu pociągach po Czechach nie można wozić rowerów (a u nas można – choć to ten sam pociąg…)

Przejechaliśmy raptem 17.3 km. W sumie pokonaliśmy na rowerach 460 km i ok. 100 km pociągami (zobacz to dokładnie na mapach), nie licząc drogi powrotnej do domu. Wiemy już co się nie sprawdziło (zbyt mocno obciążony z tyłu mój rower), mamy za sobą pierwsze slajdowiska i zaczynamy myśleć o kolejnych eskapadach :)

... wróć na górę