Tak naprawdę to mieliśmy pojechać do Czech. Jednak okoliczności zmusiły nas do porzucenia tego planu i postanowiliśmy pokręcić się po Pomorzu. Pośpiesznie się spakowaliśmy, późno kładąc się spać poprzedniego dnia. Mieliśmy wyjść z domu o 8, ale nie udało się, wyszliśmy po 8.30. Uciekło nam metro i doszliśmy do wniosku, że i tak się spóźnimy. Spokojnie przejechaliśmy przez Pola Mokotowskie do Dworca Zachodniego, ja podjechałem do domu po kilka zapomnianych rzeczy. Jak wróciłem była 10.05. Zaraz zobaczyliśmy jak nasz pociąg odjeżdża - bez nas :( Chcieliśmy kupić bilety na następny, ale nie było już miejsc!
Rozespani długo zastanawialiśmy się co zrobić: czy jechać do Białegostoku, czy do Wrocławia? W końcu zdecydowaliśmy się na to pierwsze miasto, licząc na kąpiele w jeziorach. Wsiedliśmy o 12.40 do pociągu, wysiedliśmy po 16. Znaleźliśmy na poczcie jako-taką mapę okolicy i w drogę! Zjedliśmy jeszcze w mieście obiad, sporo czasu zajęło nam przejechanie Białegostoku.

Po przebyciu ponad 15 km wylądowaliśmy w Krasne, gdzie miły leśniczy polecił nam nocleg na polance naprzeciw swojej leśniczówki, zapewniając również wodę. Dużo rzeczy zapomnieliśmy zabrać (choćby zapalniczkę :) ale radziliśmy sobie - z pomocą leśniczego. Komary gryzły strasznie...
W nocy trochę zmarzłem w moim lekkim 600g śpiworze, ale polar rozwiązał problem. Dlatego już o 6 rano byłem gotów wstać, ale Pala spała smacznie w swoim dwukrotnie cięższym i wielokroć cieplejszym śpiworze... Wstaliśmy po 8. i nieśpiesznie zjedliśmy kanapki, ruszyliśmy po 10.
Pojechaliśmy do Supraśla, który zwiedziliśmy dokładnie, to naprawdę piękne miasteczko! Godny polecenia jest odnowiony zespół cerkiewny.

Pojechaliśmy szlakiem rowerowym przez Puszczę Knyszyńską. Piasek strasznie nas męczył, czasem naprawdę trudno było jechać rowerem obciążonym sakwami.


To nadgraniczne miasto wyróżnia się układem ulic przypominającym Paryż - w centrum znajduje się duże rondo, z którego promieniście rozchodzą się ulice. Wykąpaliśmy się wieczorem w lokalnym zalewie,


Długo nie wstawaliśmy, bo całą noc lało, rano równieź. Nie dawały nam zasnąć odgłosy łąki, jakby ktoś łaził wokół namiotu - ale nikogo rzecz jasna nie było, co odważnie sprawdziłem. Po prostu trawa ocierała o ścianki namiotu w rytm wiatru... Pojechaliśmy - z przerwami na schronienie przed deszczem do Kruszynian, gdzie zwiedziliśmy meczet i posłuchaliśmy opowieści o tamtejszych Tatarach, obejrzeliśmy także sąsiadujący z meczetem stary cmentarz muzułmański, pełen ślimaków.

Zaraz potem spróbowaliśmy kuchni tatarskiej: babki ziemniaczanej, pierekaczewnika oraz kołdunów z rosołem. Dla nas atrakcją były te przysmaki, dla innych turystów pani gospodarz, która dopiero co gościła Roberta Makłowicza i jego program.
Potem prosto do Sokółki, ale była to brzydka miejscowość w porównaniu z Supraślem. Zjedliśmy w niej jednak ciepłą kolację z piwem. Obozowaliśmy pod lasem za Poganicą.
Gdy wstaliśmy świeciło ładnie słońce i niedaleko od naszego namiotu pasły się krowy :)

Jak się okazuje, nie jest łatwo uciec od cywilizacji w naszym kraju. Pojechaliśmy prosto do Dąbrowy Białostockiej, a z niej malowniczą boczną drogą - Stara Kamienna, Nowa Kamienna, Ostrowie Biebrzańskie, Hruskie - do szosy.

Od Biebrzy do Hruskie droga była fatalna: kostka brukowa i później piach. W nagrodę asfalt do Augustowa był świetny i pojechaliśmy szybko. Przed miastem wykąpaliśmy się w jeziorze Sajno.

W Augustowie zjedliśmy sandacza z frytkami i jagodzianki. Pala upadła wjeżdżając na krawężnik, na szczęście tylko lekko się poobcierała (choć ślad ma do dziś :( Pod wieczór dojechaliśmy nad jezioro Białe, tracąc powoli wiarę, że w końcu dojedziemy do wypatrzonego na jakiejś mapce obozowiska. Po dotarciu nad to piękne jezioro wykąpaliśmy się drugi raz tego dnia.

Było bardzo miło, choć obozowicze obok mogli wcześniej przestać śpiewać.
Zakładaliśmy, że jeśli obudzimy się wcześnie to pojedziemy jeszcze nad jezioro Wigry. Ale obudziliśmy się po 10! Zatem zaraz potem do jeziora popływać, na śniadanie ugotowaliśmy (długo!) makaron z zupą fasolową. Potem odpoczywaliśmy na słońcu i znów do wody... Koło namiotu widziałem węża! W końcu spakowaliśmy się i wróciliśmy do Augustowa. Pala bała się, że nie zdążymy, ale wszystko wyszło ok, zdumiał mnie niewielki dworzec kolejowy.
W drodze powrotnej załapaliśmy się na wagon rowerowy, więc nasze rumaki bujały się miarowo na specjalnych hakach, a moja obręcz ma na pamiątkę wytartą farbę w miejscu kontaktu z hakiem.
Po powrocie zastaliśmy w pokoju Pali na parapecie wycieńczonego jeżyka, ale to już zupełnie inna historia...